– To niemożliwe! – zawołałem. „Wychowywałem swoje dziecko sam! O czym ty mówisz?”
Ojciec westchnął, jego głos był słaby od starości.
„Przyjęliśmy dziecko, które zostało porzucone przy naszej bramie osiemnaście lat temu.”
Moje ciało było zamrożone.
— Odszedł... przy bramie?
Moja matka wyjęła ze szafy starą pieluchę. Rozpoznałem je natychmiast – ten, w który owinąłem mojego noworodka.
Czułem się, jakby ktoś dźgał mnie w serce.
Pod łochem wyjaśniła:
„Po twoim wyjściu przyszedł jego ojciec i szukał dziecka. Byłeś w Sajgonie. Pił, wywołał niepokoje, a potem zniknął”.
Osiemnaście lat temu, pewnego ranka, otworzyłem drzwi i znalazłem noworodka. Tylko tą pieluchę. Wiedziałam, że jest twoja. Myślałem, że przytrafiło ci się coś strasznego... że możesz odejść na zawsze.
Jej głos się załamał.
„Porzuciliśmy cię raz. Ale nie mogliśmy zawieść tego dzieciaka. Wychowaliśmy go tak jak naszego. Nigdy go nie uderzyliśmy. Nigdy nie nadużywał”.
Trzęsłem się.
Ta pielucha – miałam ją starannie ukrytą. Nikt o tym nie wiedział.
Było tylko jedno wyjaśnienie
Biologiczny ojciec mojej córki miał kolejne dziecko i umieścił je tam, gdzie zostałem wyrzucony.
Spojrzałam na dziewczynkę – dziecko, którego nie urodziłam, ale które wyglądało tak jak ja.