Pamiętam kuchnię mojej babci. Gęsty zapach smażonej cebuli, mięsa i czegoś jeszcze, czegoś ziołowego, lekko piekącego w nos. Wtedy nie zwracałam na to uwagi, ale dziś, gdy próbuję odtworzyć tamte smaki, zrozumiałam, że kluczowy był właśnie on. Przyprawa z czasów PRL-u, sprzedawana w szarych torebkach, wsypywana do zupy jarzynowej, do sosów, do fasolki po bretońsku i, obowiązkowo, do mielonych. Dziś jego miejsce na półce zajęły gotowe mieszanki przypraw i modne „przyprawy do mięsa”. A szkoda. Bo pieprz ziołowy to coś zupełnie innego.